Bibeloteka

o wszystkim, co mnie interesuje, cieszy i nie pozwala bezczynnie usiedzieć w miejscu.

wtorek, 30 września 2014

Bieszczady nieoczywiste

Witam Was po kolejnej porcji podróży, między  kolejnymi turami  prania, jutro nowy rok akademicki, więc latorośl trzeba wyprawić w świat.
W Bieszczady przyjeżdżamy od lat kilkunastu. Ta południowo-wschodnia część kraju to ogromne zauroczenie mojego M, rok bez tych gór, to rok stracony.  Przeczytał wszystko co się da o  tragicznej historii tej części Polski, o bieszczadzkich zakapiorach i o nieszczęsnej  akcji Wisła, przeszedł wiele tras,  a nawet przejechał  rajd konny. Chodziliśmy po połoninach wiele razy, oglądaliśmy ukryte w zaroślach  ślady po tętniących niegdyś życiem wsiach łemkowskich, przystawaliśmy w zadumie przy zapomnianych cmentarzach, odkrywaliśmy miejsca,  o których wydawałoby się cały  świat zapomniał. Teraz też odwiedziliśmy takie miejsca.
Do tej pory nie lubiłam jeździć po bieszczadzkich serpentynach, ale dla tej bazy wypadowej warto było pokonać trochę strachu i kilometrów. Mam na myśli ośrodek  Wisan w Bystrem, za Baligrodem, ale przed pomnikiem gen. Świerczewskiego Jest tu hotel i  domki  z kominkiem, basen odkryty i naprawdę  świetnie karmią. Polecam to zakwaterowanie z pełnym przekonaniem, my mogliśmy tu zostać tylko 3 dni. Potem przeniosłyśmy się do Cisnej, a panowie udali się na trzydniowy rajd studencki, ale o tym wkrótce.



Blisko ośrodka znajduje się góra Chryszczata, z którą emocjonalnie jest związany  tata mojego M, więc  dla naszej rodziny jest to miejsce szczególne i godne zdobycia, a do tej pory nie było na to czasu.  Moi chłopcy weszli na nią w okropnie ulewny poniedziałek, ale część drogi przebyliśmy razem, minęliśmy ujęcie wody bardzo zmineralizowanej i smacznej, gołoborze, chatkę studencką i schowaną w głębi lasu kapliczkę Synarewo, do której w pielgrzymkach przybywali niegdyś mieszkańcy Słowacji i Węgier. Bezpośrednio spod kapliczki wypływa źródełko uchodzące za cudowne, pomocne zwłaszcza przy leczeniu chorób oczu. Jak głosi jedna z legend, kapliczkę wybudowano w tym miejscu na pamiątkę ukazania się Matki Boskiej jednemu z mieszkańców Rabego, który uleczony został ze ślepoty, dzięki przemywaniu oczu w wodzie ze źródła. Matka Boska wita pielgrzymów ustrojona w kolorowe bukiety, można  też wpisać się do księgi próśb i podziękowań. Miejsce bardzo spokojne i magiczne.



 Moje polowanie na drzwi i piękno drewna może się odbywać wszędzie, a te są wejściem do chatki. Poniżej też wejście, ale do zakładu przerobu kamienia.


 Nie może  w Bieszczadach zabraknąć ptaszków,  roślinek i potoków. Zawiedzeni jednak  byli wszyscy, którzy czekali na feerię barw jesiennych, mimo jesieni nie znaleźliśmy akcentów czerwieni, wszystko jeszcze się zieleni i żółci. Ale ogólnie było bardzo chłodno, zwłaszcza poranki bywały rześkie.

Bardzo dziwnie wyglądały liście, które opadały na drzewa iglaste i zawisały na nich wahając się, jaką decyzję podjąć, spaść, czy powisieć jeszcze.

 Na koniec, co Wam to przypomina? Liściodźwiedź?  Misioliść? A może to tylko moja bujna wyobraźnia?
 Kochani, mam nadzieję, że Was nie zanudziłam, ale tak chciałabym pokazać te mniej znane Bieszczady,  po prostu Bieszczady nieoczywiste. Ciąg dalszy nastąpi.
Do następnego  razu,  za każde odwiedziny i miłe słowo dziękuję. Pozdrawiam Was serdecznie.


czwartek, 25 września 2014

W Łazienkach

Witam Was  serdecznie.
W dalszym ciągu jestem w Bieszczadach, ale obiecałam post z niedzieli. Dzisiaj o Muzyce.


Już się chyba domyślacie, gdzie spędziłam część ostatniej niedzieli. W Łazienkach Królewskich odbywają się Koncerty Chopinowskie i udało mi się być na jednym z nich. Przy fortepianie zasiadła Bronisława Kawalla. Nie podam Wam kolejno wykonanych utworów, bo nie zapamiętałam wszystkich, nastawiając się na łapanie klimatu  i ciesząc się możliwością kontaktu z żywą muzyką. Był nokturn, trzy walce i naprawdę piękny, jesienny  klimat. Spadające z drzew liście potęgowały wrażenie  nostalgii, lekkiego smutku, który towarzyszy upływowi czasu, a świadomość obcowania z muzyką Chopina zwilżyła  mi oczy i wcale się tego nie wstydzę.
 




Ludzie siedzieli lub leżeli zamyśleni, niektórzy spacerowali  w poszukiwaniu idealnego miejsca do słuchania, przechodzili też zdziwieni dźwiękami fortepianu, przystawali na chwilę i ruszali dalej w poszukiwaniu kolejnych wrażeń. Jeśli ktoś opuszczał miejsce siedzące, natychmiast zajmował je ktoś z  dalszych rzędów i nawet taka zamiana  odbywała się w ciszy i skupieniu.
 Znalazła się też bohaterka drugiego planu, ale przykuła uwagę kilkorga dzieci i na chwilę moją.

  

Niech Was nie dziwi ta chwila refleksji, bo częściej bywam na koncertach rockowych, niż muzyki klasycznej, ale obcowanie z każdym rodzajem  sztuki kocham. Na koncertach Pink Floyd tez popłakałam się ze wzruszenia, bo słuchając ich przez dziesiątki lat do głowy mi nie przyszło, ze kiedykolwiek ich zobaczę i posłucham na żywo (i Gilmoura i Watersa) Miłość do rocka  wcale mi  nie przeszkadza zachwycać się muzyką naszego Chopina i to właśnie ta różnorodność zainteresowań jest wspaniała w każdym z nas.
Znalazłam  program koncertu Bronisławy Kawalli
Nokturn H-dur op.9 nr.3,
2 mazurki op.7:
nr.1 B-dur
nr.2 a-moll,
Impromtu cis-moll op.pośm.,
3 walce op.34:
nr.1 As-dur
nr.2 a-moll,
nr.3 F-dur,
Andante spianato i wielki polonez Es-dur op.22
Z ciekawostek podam Wam jeszcze, że później koncertowała Monika Rosca, która grała rolę Nel w ekranizacji "W pustyni i w puszczy" z 1973 roku. O tej porze byłam już jednak daleko.

Nie wiem dlaczego moje posty pojawiają się z dość dużym opóźnieniem w internecie, czasami mija kilka godzin od opublikowania.
 Serdecznie Was pozdrawiam, dziękuję za odwiedziny i za każdy pozostawiony komentarz.

poniedziałek, 22 września 2014

Do czego służą sekretery?

 Witam Was bardzo serdecznie z bardzo dalekich Bieszczad, wrzucam post przygotowany wcześniej, bo żyjemy w takim pośpiechu, jakiego nie pamiętam. Wczorajszy dzień też wart jest opisu i jak tylko trochę się ogarnę, zdam Wam sprawozdanie.
Na razie  prezentuję kolejny domowy mebel, a mianowicie sekreterę. Teraz już wiem, dlaczego tak się nazywa, kiedy jakiś przedmiot trafi do jednej z licznych szufladek, to albo zapominam , że takowy posiadam, albo pamiętając o nim, nie mogę go znaleźć i wszystkie skrytki muszę otwierać. Jak głosi najsłynniejsze ze wszystkich prawo Murphyego, rzeczony przedmiot jest na pewno w ostatnim miejscu, do którego zaglądasz
Wszystkie moje meble najchętniej przemalowałabym na biało, ale w przypadku niektórych nie wchodzi to w grę. Tak jest  właśnie w przypadku sekretarzyka udającego antyk. Skoro staroć, to bibeloty też powinny być  starsze. Naprawdę stara jest podstawa od lampy, reszta to przedmioty z mosiądzu i cynkalu, kupione za grosze, ale dobrze się wkomponowały w całość. Zawsze lubiłam przestawiać meble, ale teraz są po prostu za ciężkie, żebym mogła je ruszyć, pozostało mi więc zmienianie dodatków.

Moje świeczniki też  udają starocia, naprawdę są  postarzone.

.
Ponieważ znudziło mi się oglądanie ciągle  tych  samych bibelotów, postanowiłam zmienić wystrój. Z kuchni wywędrowały moje wazy z Delft i ozdobiły sekretarzyk. Dla moich oczu ten wystrój jest bardziej udany.


 Teraz trochę z dziedziny rękodzielniczej. Dawno, dawno temu zobaczyłam u Ity z Jagodowego zagajnika wieszaki pięknie obszyte lnem z transferami i koronkami. Zawsze staram się podać autora pomysłu, który wykorzystuję.   Jeszcze wtedy nie miałam zapasu lnu, więc szyłam z grubej bawełny, miałam też sporo mniej  udanych transferów (wiecie, że lubię wykorzystać każdy skrawek ) i powstały takie opakowania na wieszaki. Transfery pochodzą z bloga The Graphics Fairy. Oczywiście nie są tak piękne jak pierwowzór, ale bardzo się przydają.  Zapytacie do czego służą  takie kubraczki? Otóż świetnie trzymają ubrania, które lubią ześlizgiwać  się z wieszaków i najczęściej lądować na dnie szafy. A my schylając się po nie zazwyczaj łapiemy lumbago.

Jak widać, uszyłam też kubraczki dla cięższych ubrań, sprawdzają się  świetnie, zwłaszcza do swetrów.


Muszę się pochwalić kolejnym nabytkiem wiadomo skąd. Do kieliszków kryształowych z fabryki Violetta w Stroniu Śląskim dokupiłam wazę o identycznym cięciu, chyba tak się to nazywa. Waza jest ogromna, na kształtnej nóżce i  było to zauroczenie od pierwszego spojrzenia. Zdjęcia są różne, nie mam w tej chwili czasu na próby z aparatem i bardzo nad tym ubolewam.

We wtorek na bazarze trafienie miałam jedno, ale spektakularne, lampa koloru kobaltowego, oczywiście niezrzeszona, ale wymaga dokupienia abażura i pomalowania złoceń na normalny kolor.  Wkrótce ją pokażę.
Tymczasem pozdrawiam Was bardzo serdecznie i dziękuję, że do mnie zaglądacie.

czwartek, 18 września 2014

Co robi człowiek, gdy ma trochę czasu.

Witam. Udało mi się niedawno kupić ciekawe tkaniny haftowane. Powstały dwie poduszki, zapinane na schowane od wewnątrz guziki. Materiał okazał się bardzo wiotki, żeby go usztywnić, połączyłam go z cienką ociepliną i przepikowałam lotem trzmiela, co sprawiło, że poduszki są milutkimi przytulankami. Sama do haftu nie mam serca i cierpliwości, a kupuję w SH tak ładne obrusy, serwety i materiały, że już  nie muszę się trudzić.

 

Kolejna część  malowanek.  O moim zamiłowaniu do lampionów i świeczników wszelakich wiadomo, toteż musi nastąpić prezentacja kolejnych pobielonych, postarzonych i  przerobionych  tworków,  im dziwniejszy tym weselej. Lubię rzeczy oryginalne i przez to niepowtarzalne.

A z powtarzalnych przedmiotów, witrynki tego rodzaju widywałam w ulubionych blogach, toteż kiedy nadarzyła się okazja, musiałam sobie taką kupić i oczywiście po swojemu pomalować, tym razem farbą akrylową z drobnymi przecierkami.
Co robi człowiek, kiedy ma trochę czasu? Otóż zajmuje się zabawami, ale do tego już Was przyzwyczaiłam.
Czy pamiętacie okazałą roślinkę, której nie przeszkadzałam we wspinaniu się po sąsiednich iglakach  i innych krzewinkach? Tak jak przewidywałam, to była dynia, jedną już prezentowałam.

Trzy panny Dynialskie z rodu Wielkodyniowatych, czwarta poszła do garnka i wyszła jako smakowita pachnąca imbirem, gałką muszkatołową  i kardamonem zupa dyniowa. Do tego starty ser, grzanki i kleks ze śmietany. Takie eksperymenty uwielbiam, a jeszcze jak smakuje moim chłopakom, rewelacja.
Zapraszam Was ponownie i pozdrawiam.

poniedziałek, 15 września 2014

Wilanowska uczta

Witam, kolejny raz wróciłam do domu bogatsza o nowe wrażenia, pomysły i zamiary. Jak się zapewne domyślacie nie będzie o jedzeniu, ale o strawie duchowej.  Tymczasem o Wilanowie. Każdego roku włodarze dzielnicy organizują święto w rocznicę Wiktorii  Wiedeńskiej, w trakcie którego mają miejsce  ciekawe wydarzenia. Mój M. który kocha teatr zabrał mnie i syna na  "Zemstę" wystawianą na wolnym powietrzu przed Pałacem w Wilanowie.  Spektakl grany jest w Teatrze Polskim i jak mówi reżyser Krzysztof Jasiński: "Przez  okno sielskiego dworu Fredry nadal dobrze widać Polskę "
Post ten równie dobrze mogłabym nazwać Pojedynkiem Gigantów. Cześnika gra Daniel Olbrychski, Rejenta Milczka - Andrzej Seweryn. Aktorzy spotkali się też w filmowej wersji "Zemsty" w reżyserii Andrzeja Wajdy, ale wtedy Olbrychski grał  Dyndalskiego. O ile Rejent jest bardzo skoczny, energiczny i całą gębą jaśniepański, o tyle Milczek Seweryna jest kołtuński na miarę molierowskiego Świętoszka. O ile w całej inscenizacji prym wiedzie Daniel Olbrychski, o tyle końcówkę kradnie Andrzej Seweryn, jest po prostu cudowny.. Ale... to Papkin w wykonaniu Jarosława Gajewskiego godzi gigantów i jak zwykle wywołuje wybuchy śmiechu. Joanna Trzepiecińska w roli Podstoliny przypomina mi trochę Ninę Andrycz. Muzyka Piotra Rubika jeszcze bardziej ożywiła całą sztukę, kostiumy z epoki piękne, role drugoplanowe też świetne, same zachwyty. Wszyscy aktorzy byli hojnie nagradzani oklaskami w trakcie spektaklu i owacją na stojąco już po. Naprawdę polecam. Warto zajrzeć po więcej informacji http://wyborcza.pl/1,75475,13516180,_Zemsta__w_Polskim__aktorzy_giganci__muzyka_Rubika.html

Mogę Wam  pokazać scenę przed spektaklem i jedno zdjęcie na dowód, że naprawdę tam byłam, owacja na stojąco zakończyła tę piękną ucztę pod gwiazdami. Wszystkie miejsca były zajęte.


Ponieważ musieliśmy zająć dobre miejsca, zdążyłam tylko  uwiecznić wilanowskie rośliny z zimowitami na czele i front Pałacu.
To tyle na razie, koniec duchowości, teraz muszę ogarnąć w domu zaległości.
Widzicie, jak  Fredro jest zaraźliwy. Pozdrawiam Was bardzo gorąco.

środa, 10 września 2014

Quilt i półka w rolach głównych

Witam bardzo gorąco wszystkich gości.
 Mój ostatni wpis o sushi zdetronizował Genewę i moja wycieczka w Alpy odchodzi w zapomnienie.
Bardzo Wam dziękuję, że do mnie zaglądacie. Jak widać mój blog podlega ciągłym zmianom, dzięki którym ciągle się uczę. Wczoraj dowiedziałam się, jak powinny wyglądać  zdjęcia zamieszczane na blogach, ale mam dużo gotowych zdjęć swoich wytworów i już zmienić ich nie mogę, bo wytwory opuściły mój dom. Dla osób, które nie śledzą mnie od początku, śpieszę wyjaśnić, że dużo  moich prac   powstało w ciągu ostatnich 2 lat, teraz je tylko  prezentuję. Jeśli pokazuję aktualną pracę, zawsze to zaznaczam.

To już czwarty mój quilt, tym razem wielkości 200 x 172. Zawsze przy jego kanapkowaniu   (czyli łączeniu trzech warstw) korzystam z podłogi w kuchni, bo tu jest  terakota i jej nie jestem w stanie uszkodzić  agrafkami, poza tym tutaj mam dużo miejsca(przynajmniej tak mi się wydawało)
Miejsce akcji:  Późny jesienny wieczór, kuchnia, stół z krzesłami przesunięty, żeby nie przeszkadzał w pracy, a wiadomo, że  spinanie agrafkami trzech warstw materiałów raczej do przyjemnych prac nie należy. Widać, że wszystkie warstwy są już wygłaskane i naciągnięte, tę pracę wykonuję na kolanach.


Akcja: Wiadomo, że w ferworze pracy nie zwraca się uwagi na otoczenie, czyli  na półkę, którą się kiedyś powiesiło na dwóch gwoździach. Wstając z podłogi ramieniem  zawadziłam  o nieszczęsną półkę, której zawartość spadła na podłogę, a półka zawisła  na jednym gwoździu. Bohaterka opowieści nie posiadała żadnego zdjęcia sprzed wypadku, więc nie mogę pokazać, co się na niej znajdowało, ale znając mnie już wiecie, że wszystko było Delftami lub wiatrakami, a zostały tylko skorupy. Teraz się cieszę, że  pstryknęłam parę fotek już po i mam świadectwo tego wydarzenia.


Po akcji: Na podłodze znalazły się niebieskie skarby, trochę mi żal dużej wazy (została tylko pokrywka) a najbardziej   porcelanowego buta z Delft, który mąż przywiózł ponad 30 lat temu z Holandii. Pamiętam, że bardzo podobną historię pokazywała Aszka z Zielonego zakątka, ale jej półka w kuchni spadła bez przyczyny, a moja przez własne gapiostwo. Mam nauczkę, do następnych prac zdejmowałam, zdejmuję  i będę zdejmować wszystko z półki dla bezpieczeństwa własnego i moich bibelotów.
Quilt na szczęście nie ucierpiał, chociaż spadające odłamki uszkodziły część materiału pod samą ścianą. Tutaj już po przygodach, wykończony, wypikowany odpoczywa przed podróżą do innego domku.


Quilt jest bardzo dziewczęcy i powędrował do  chrześnicy mojego męża.  Mam nadzieję, ze dobrze jej służy.
A teraz półka wygląda tak, czasami tak i ciągle jest to ta sama przeze mnie spatynowana bohaterka, ale w zupełnie różnym oświetlaniu.



Wiadomości ze stawu, rybki zawsze są głodne, zawsze podpływają w oczekiwaniu na jedzonko, najszybsze są orfy, prawdziwe drapieżniki, najwolniejsze zaś liny, chociaż ostatnio im się wydaje, że są  orfami, takiego wigoru nabrały. Rybki szykują się do letargu i wkrótce zejdą w najgłębsze rejony oczka.


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za każdy komentarz i każdą wizytę.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...