Bibeloteka

nie tylko o zbędnych ozdobach, ale o wszystkim, co mnie interesuje, cieszy i nie pozwala bezczynnie usiedzieć w miejscu.

piątek, 16 czerwca 2017

Cierpię na nadmiar ?

Nieubłaganie zbliża się godzina W - jak wyprowadzka, a do dzisiejszego posta skłonił mnie post Holly Lu.  Podobnie jak ona  bibelotów wszelakich mam całe mnóstwo i zaczyna mnie to trochę dołować. Sama pakuję do pudeł wszystko, czym obrosłam przez ostatnie lata, a jest tego zdecydowanie za dużo! Za dużo naczyń, świeczników, wianków, świątecznych ozdób, no i książek. Z książkami nie zamierzam walczyć, kocham je, chociaż na dobrą sprawę, ile razy wracamy do tej samej książki? A na półce stoi i zajmuje przestrzeń. Próbowałam czytać za pomocą Kindla, ale to nie dla mnie, nie ma szelestu kartek przy  przewracaniu, kiedy szukam strony, gdzie czytałam, znika cała magia, zdecydowanie  tradycyjna metoda czytania znacznie bardziej mi odpowiada. Z książek na półce nie zrezygnuję, bo są nierozerwalną częścią mojego życia. Są dla mnie przyjemnością.
Z czego więc mogę czy chcę zrezygnować? Zaczynam sobie odmawiać tej drobnej przyjemności, jaką jest wypatrywanie i kupowanie różności. Na towary wyłożone na naszym starociowym bazarze kręcę nosem i bardzo starannie wybieram, sama sobie tłumacząc, że już dość, że dom jest w stanie nasyconym i nic więcej nie zmieści, nowy dom jest co prawda  większy, ale ma więcej powierzchni szklanych, co zdecydowanie zmniejsza ilość miejsc do eksponowania  moich zdobyczy. Takie tłumaczenie udaje się  często i jestem dumna jak paw po każdym niekupieniu "czegoś"  Od czegosiów zaczynałam, potem były meble i przydasie, a teraz zauważyłam bardzo ciekawe zjawisko. W domku zostały tylko przedmioty niezbędne do życia i co się okazało? Znalazłam winowajczynię, podejrzewam, że  wszystkiemu winna jest zmywarka, nawet jeśli jesteśmy tylko we dwoje, musimy mieć więcej naczyń, żeby ją zapełnić. Teraz zmywamy ręcznie i nie muszę mieć tylu zastaw. Można żyć bez nadmiaru, ale czy żeby dorosnąć do takiego stwierdzenia, musiałam się przeprowadzać ? I czy aby na pewno nie sprawia mi ogromnej przyjemności trzymanie w rękach pięknej porcelany? Smak napoju pięknie podanego za każdym razem w innej filiżance to bardzo miłe uczucie dla zmysłów, czy na pewno chcę się tego pozbawiać?

Można mieć tylko dwa wazoniki, najważniejsza jest ich kwietna zawartość, tym razem pachnące goździki, albo śpioszki. Czy na pewno się nie znudzę tylko dwoma pojemnikami?

Po co mi kolejna bezsensowna robótka, nawet jeśli uwielbiam prace ręczne i miło zdać sobie sprawę, ile nowych umiejętności nabyłam w ciągu ostatnich lat? PO CO? zapytowywuję. Nie wiem, ale nie przestanę pleść wianków, tworzyć nowe ozdoby w rodzaju tychże serduszek, które tak pięknie łączą gipiurę z toporną jutą. Zbyt dużą przyjemność czerpię z robienia swoich bibelotów.



Te moje dzisiejsze rozważania kończę  zastanawiając  się, po co mi taki różnokolorowy ogród? Przecież można by minimalistycznie obsadzić wszystko tujami, posiać trawę i już, prawie bez problemów. Rośliny w ogrodzie to ciągła praca, bardzo ciężka harówka, można zrezygnować? Można, ale...czy taki ogród sprawiłby mi przyjemność?
Wszystko, co robię dla mojej PRZYJEMNOŚCI  powoduje podwyższenie  poziomu endorfin i  bardzo miłe uczucia, może nawet staję się lepsza, bo nie ograniczając się tylko do jedzenia, spania i pracy, realizuję swoje pasje i potrzebę otaczania się pięknem.
Holly, dziękuję za Twój post, pomógł mi wiele zrozumieć, może usprawiedliwić? a może uświadomić sobie, że warto mieć swój świat, który sprawia tyle radości i satysfakcji.
Życzę Wam pogodnych dni i będę Wam bardzo wdzięczna za każdą Waszą opinię.:))

niedziela, 4 czerwca 2017

Pocztówki vintage

Cześć!
Rzadko coś mnie zaskakuje na naszym targu, a jednak... Ostatnio znalazłam  stare pudło z dużą ilością widokówek i pocztówek, większość stanowiły widoki miast, ale moją uwagę przykuły kobiece  postaci. Nie mam pojęcia, czy te karty pocztowe mają jakąś wartość, czy są oryginalne, wiem, że to dopiero początek mojej nowej fascynacji. Mają w sobie tyle uroku, mimo, a może właśnie dlatego, że są trochę infantylne z tymi podmalowanymi na dość jaskrawe kolorki kwiatkami. Delikatne, zwiewne, zawieszone w dawno minionej przeszłości, gdy chwila decydowała,  że  utrwalony wizerunek będziemy oglądać z przyjemnością. Podkolorowane, wykreowane, wystylizowane, jak powiedzielibyśmy dzisiaj, miały spowodować, że rzeczywistość stawała się piękniejsza.  Dzisiaj z taką łatwością pstrykamy fotki, wrzucamy do sieci, zapominamy i szukamy kolejnej chwili do utrwalenia, robimy kolejny  dzióbek i jeszcze jeden, jeśli nam się nie spodoba, od razu likwidujemy zdjęcie. Wszystko jest takie proste. Mam wrażenie, że fotografia straciła  trochę magii, odświętności, stała się tak dostępna i powszednia, że zapominamy, jak wielką Sztuką była kiedyś.
Chociaż wiem, że tego typu zdjęcia miały wartość użytkową, były sprzedawane masowo,  niosły jakąś miłą treść, wszak służyły do korespondencji, od razu zaczęłam się zastanawiać, co wyrażają?
Dzisiaj tylko dwie karty  i zapraszam do zabawy, oczywiście, jeśli macie trochę czasu. Czy to mama i córka?  W wyrazie twarzy dziewczynki widzę ogromne oddanie, niemą prośbę, ale o co?
- Weź, mamusiu koszyczek z najlepszymi życzeniami, czy widzisz i doceniasz, że mój bukiet jest większy od bukietu, który dostałaś od mojego brata?
A może to siostry?
A może Wam się uda dopowiedzieć, co wyrażają?





Karty były adresowane do panny Marcelle Massy, lub pana Massy,  Oise  to francuski departament położony w regionie Hauts-de-France, niestety miejscowości nie znalazłam, nie znam francuskiego, a  naprawdę jestem ciekawa,co jest napisane na odwrocie. Jak dobrze widać, na każdej pocztówce przyklejono znaczki.
Jeszcze   panienka z  nieśmiałym uśmiechem. Tekst chyba z życzeniami miłego dnia?





Kochani, zwykły biszkopt z truskawkami i kwiaty dla Was z podziękowaniem, że do mnie zaglądacie. Do następnego razu, życzę Wam pięknej pogody! i pogody ducha, gdyby pogody zabrakło.



sobota, 27 maja 2017

Pomiędzy...

chociaż post nazwałam początkowo : W rozkroku... Nie będzie o ekwilibrystyce, chociaż przeprowadzki mają  z nią coś  wspólnego. Bardzo Wam dziękuję za wszystkie ciepłe słowa wsparcia i piękne życzenia na nową drogę życia. Nowych obserwatorów cieplutko witam. Na początek odrobina słodkich truskawek i wianuszek, który zrobiłam w ciągu paru minut dla poprawy nastroju, bo czasu na większe robótki nie mam. 
Dzisiaj  totalny misz masz, czyli odzwierciedlenie stanu mojego umysłu, który znalazł się w dużym rozkroku. Jedną nogą (czyli jakąś częścią umysłu) jestem jeszcze w starym miejscu, bo nasz dom bardzo gruntownie wyremontowaliśmy, prawie osiągnął z nami pełnoletność, mieszkało nam się cudownie przez naście lat, a mój ogród zrobił się prawie bezobsługowy. Żal największy to ludzie, z którymi się zaprzyjaźniliśmy, koleżanki i koledzy z pracy, przyjaciele i rodzina męża, cudowni sąsiedzi,  ogólna stabilizacja.
 
Drugą nogą już zaczynam życie na nowym. Nie mogę pokazać wiele, bo ciągle mamy sporo do zrobienia. Dla mnie nowością jest  posiadanie  dwóch balkonów, z których świat wygląda zupełnie inaczej, niż z parteru, parę metrów wyżej, a taki efekt. 
 Wschód słońca w pewien mroźny majowy poranek.
 i zachód słońca.

 Poranny majowy przymrozek.
 i piękny żółty  gość, który często przysiada ma murku.

Zawsze staram się pokazywać wnętrza dopieszczone, tym razem trochę inaczej, może nie wypada, ale ta odrobina szaleństwa bardzo mi się podobała. Pierwsza "aranżacja"  ekscentrycznego salonu, która powstała spontanicznie, ale dzięki takiej prowizorce można było sensownie funkcjonować w nowym domku. Na widok huśtawki ogrodowej słyszeliśmy "Ale czad!"
Wystarczyło w kilku miejscach, zwłaszcza  na upragnionym, chociaż niewykończonym   kominku postawić moje świeczniki i poczułam się jak u siebie. Dół stołu po pomalowaniu zyskał na lekkości, oczywiście kredówką.



 Mogę się też pochwalić rabatką od strony północnej, to przez nią muszę zaprzestać wszelkich prac ogrodowych i dać odpocząć kręgosłupowi.

Kochani. zapraszam na ciąg dalszy zmian.
Pięknego i smacznego truskawowego tygodnia Wam życzę.:))

piątek, 19 maja 2017

Trudna życiowa decyzja

Przez całe życie lubiłam zmiany, ciągle mnie ciągnęło dokądś,  potrafiłam bez większych problemów szybko spakować się i ruszyć  w nieznane. Nadeszła pora, żebym po raz kolejny się spakowała i ruszyła...
Nie  sądziłam, że kiedykolwiek spełni się jedno z moich bardzo "realnych" marzeń. Od kiedy nasi synowie wyprowadzili się z domu i zostaliśmy sami, okazało się, że mamy w domu za mało miejsca? Kiedy pracowałam zawodowo potrzebowałam tylko biurka i komputera.  Kiedy zaczęłam swoją radosną działalność robótkową nasz dom po prostu się skurczył ,  zaczęło mi brakować pracowni, w której pomieszczę ogromne ilości wszystkich przydasiów, materiałów do patchworków i prac, które już wykonałam. Nie tylko tym się kierowaliśmy, bo dopóki mamy siły i chęci, chcemy być jak najbliżej dzieci, ale  nie będąc dla nich  przeszkodą. Zdecydowaliśmy  się na przeprowadzkę blisko, ale na tyle daleko, żeby widywanie się  było radosne i oczekiwane. Budowa domu nie wchodziła w grę, gdyż szkoda nam było czasu i nerwów, a wiadomo, że załatwienie formalności i  budowa musi trwać, a my nie jesteśmy tacy młodzi. Poszukiwania gotowego domu trwały długo. Trudno było znaleźć dom nie za blisko i nie za daleko od miasta, z dobrą komunikacją, nie za drogi i nie za duży.  Obejrzeliśmy trochę nieruchomości, ale każda miała wady. A to za blisko głośnej autostrady, a to za duża powierzchnia, wiecie jak to jest. W końcu trafiliśmy pod najprawdziwszą puszczę, na malutkim osiedlu powstało kilka domków, a cisza panuje tu taka, że na moje mizofoniczne usposobienie to miód na serce. Wszechogarniającą ciszę uzupełnia  przepiękny widok na las i uprawne pola. Tak naprawdę to nie jest tak cicho, bo ciągle śpiewają ptaki, bez przerwy, ale ten świergot ptasi bardzo mnie uspokaja.
Takie było nasze  wrażenie, kiedy pierwszy raz odwiedziliśmy nasze osiedle, jeszcze w czasie budowy, to chyba wtedy podjęliśmy decyzję o zakupie.
Musiałam podjąć ważne decyzje dotyczące wykończenia wnętrz. Część już za mną, nieodwracalne zmiany nastąpiły, większość domu jest wykończona, próbuję opanować ogród, ale sami wiecie, jak trudno jest zacząć. Więc jeszcze w tym poście migawki z mojego kochanego ogrodu. Kiedy wczoraj wróciliśmy i zobaczyłam, jak pięknie wszystko rośnie, po prostu dech mi zaparło i uświadomiłam sobie, jak bardzo żal będzie się rozstawać, nie tylko z ogrodem.
Ale o tym w następnym poście.









Kochani, konwalie dla Was, dziękuję Wam bardzo, że do mnie zaglądacie, w miarę możliwości też staram się Was odwiedzać.
Mam nadzieję, że będziecie mi nadal towarzyszyć.:)) 

P.S. Kto kupuje kwiaty, które ma w ogródku?

wtorek, 2 maja 2017

Patchwork energetyczny

Prosty patchwork, który  pokazuję,  powstał jako jeden z pierwszych, ale kompletnie o nim zapomniałam,  dzisiaj wyciągnięty i rozłożony pomaga mi przetrwać smutny czas niepogody i zimna.  Przy  świeczkach i  gorącej  herbatce, opatulona radosnymi kolorami czekam na wiosnę. 



Na wiosnę czekają też moje roślinki w ogrodzie, pięknymi kwiatami wyróżnia się bergenia, orzech laskowy wypuścił czerwone liście, magnolię Susan ostro przemroziło, pokazuję jedną odnóżkę, która przetrwała. Niestety, zniszczeń jest więcej, padł mały różanecznik i duża mahonia. Poskarżyłam się trochę i już mi trochę  lepiej. Czy te wiosny zawsze będą takie nieprzewidywalne?





Gorąco was pozdrawiam i życzę ciepełka.  :))

piątek, 21 kwietnia 2017

Na lwy by, a może tygrysy...?

Taki widok na pewno podniesie temperaturę.
Co jakiś czas pokazuję Wam ciekawe miejsca, dzisiaj chcę Was zachęcić do odwiedzenia pewnego pięknego przedsięwzięcia w centralnej Polsce. Borysew koło Poddębic to miejsce wyjątkowe, to tutaj wśród  wiejskich zabudowań  wyrosło najprawdziwsze ZOO. Zawsze podziwiam ludzi, którzy potrafią swoją pasję przekuć w sukces, a najważniejsze jest to, że realizują marzenia  i wśród szczerych pól i lasów budują wyjątkowe miejsca. Trzeba mieć wiele samodyscypliny i determinacji, żeby doprowadzić  idee fix do udanego finału. W tym prywatnym ZOO mieszka 15 % światowej populacji białych tygrysów. Co jeszcze bardziej zaskakuje, to to, że co jakiś czas dzięki takim doskonałym warunkom rodzą się tygrysie wieloraczki.
Piękną kwietniową sobotę spędziliśmy oglądając, a właściwie podpatrując fascynujące białe tygrysy. Słysząc pomruki towarzyszące zabawom tych pięknych zwierząt, ciarki przechodziły nam po plecach, co innego dzieci, które nie do końca zdawały sobie sprawę,  od jak groźnych  zwierząt oddziela je szyba.










Mimo, że w Borysewie są też inna zwierzęta, zdecydowanie największą popularnością cieszą się białe tygrysy, wszak taka ich ilość  to wyjątek w skali światowej i niejeden ogród zoologiczny na świecie zazdrości takiego przychówku.









Wszystkiego dobrego życzę wszystkim zaglądającym, powrotu wiosny przede wszystkim.:))

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...