Nie mam konta na FB i nie prowadzę żadnej sprzedaży.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oczko wodne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oczko wodne. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 grudnia 2020

Bezcenny czas ...



z dziećmi i wnukami, który szybko minął i uprzyjemnił nam odliczanie dni do Świąt. Zaczęło się od Mikołajek, dzieci   dostały m. in. zestaw literek, bo Ida już coraz częściej sama  czyta, a dzięki literkom może utrwalić ich  znajomość. Nauczanie zdalne, sami wiecie, jak ciężkie jest dla uczniów i nauczycieli. Na razie popisywał się Janek i oberwał burę od starszej siostry za psucie wyrazów i nieprawidłowe przyklejanie literek, mieliśmy zabawę

niedziela, 26 lipca 2020

Oczko wodne

w nowym ogrodzie musiało powstać. To nie jest nasza odpowiedź na pomysły PAD-a, bo  mieliśmy już oczko w poprzednim ogrodzie. Pomysł zrodził się z głębokiego przekonania, że chcemy mieć więcej własnej wody na własnym poletku, tak naprawdę to oczko jest dziełem mojego M. Woda działa  świetnie na mikroklimat, ułatwia życie małym zwierzątkom, bo przecież mieszkamy wśród pól i lasów, tworzy wspaniałą aurę wokół nas. Przymknijcie oczy na pewne niedoróbki, ale tak się cieszę oczkiem, że musiałam Wam je pokazać natychmiast.
Pisałam niedawno o podwyższonej rabacie, oczko jest nią otoczone w trzech czwartych. Tutaj rosną liliowce, trawy, rumianki i jeżówki, a z tyłu irysy. Teraz króluje fioletowa liatra.
Wykorzystaliśmy biały gruby podkład i EPDM folię, która bardziej przypomina gumę niż folię. Brzegi oczka podnieśliśmy i wzmocniliśmy pustakami, więc jest stabilnie i bezpiecznie. Na razie mamy trzy rybki, które przewieźliśmy z leśnej działki brata, (dziękujemy, Zygmunt). Złowienie trzech rybek ze stawu, który ma już własny ekosystem było dość trudnym zadaniem, trwało dwie godziny... Oswajanie się rybek w nowym środowisku trwa nadal, są płochliwe, ale to dobrze, bo nasz ogród odwiedzają koty, a i większe drapieżniki  też tu zaglądają.

niedziela, 15 marca 2020

Ibuki w Janowicach

 Kochani!
Nikomu się chyba nie śnił koszmarny scenariusz tegorocznej wiosny.  Nie mam siły, żeby pisać o tym maleńkim paskudztwie, które sparaliżowało  całą Europę... Dlatego zabieram Was dzisiaj w piękne miejsce, mam nadzieję, że pomoże Wam się oderwać od codzienności. ..
Kocham ogrody japońskie. Pokazywałam Wam już ogród japoński w Jarkowie w Kotlinie Kłodzkiej /klik/i dwa ogrody japońskie  w Goczałkowicac/klik/ i   Pisarzowicach /klik/. Oprócz tych dwóch blisko Bielska- Białej jest jeszcze jeden, najbardziej tajemniczy i chyba   najmniej znany... Zdjęcia pochodzą z maja zeszłego roku, kiedy to w poszukiwaniu inspiracji zrobiłam sobie wycieczkę po "trójkącie " japońskich ogrodów.
Mam na myśli ogród japoński założony przez p. Mariusza Foldę- Ibuki w Janowicach. Niczego nie ujmuję poprzednim ogrodom, bo są piękne, każdy w trochę innym klimacie, ale to ten ogród jest najbliższy moim wyobrażeniom.  Dużą jego część zajmuje ogród żwirowy, starannie zaprojektowany i grabiony z wysepkami z kamienia otoczonego mchem. Staw z mostkiem i ogród spacerowy, w którym bogactwo kolorów i form zachwyca. Z każdej strony wygląda inaczej, można go obejść kilka razy i za każdym razem dostrzec inną konfigurację elementów składowych. Można go obejść kilkadziesiąt razy a zachwyt będzie jeszcze większy.
Wiem, że nie wszyscy lubią japońskie ogrody, niektórym przeszkadza pustka, ale tutaj pustki nie ma. Taki pusty ogród z dominacją żwiru to ogród zen, który służy do kontemplacji, nie ma w nim roślinności, aby nie rozpraszała myśli.
Kiedy oglądałam ten ogród w Mai w ogrodzie wydawał się o wiele większy, co prawda  minęło kilka lat od edycji tego programu. Roślinność bardzo się rozrosła i to ona wysunęła się  na pierwszy plan. Miałam wrażenie, że gospodarz trochę stracił kontrolę nad ogrodem, staw zarośnięty rzęsą, trawa nie podcięta, możliwe, że za dużo obowiązków wziął na swoje barki. Ale mimo tych zastrzeżeń ogród bardzo mi się spodobał i nawet taki nieuczesany zrobił na mnie ogromne wrażenie. 
Na pierwszym planie ogród zen, wysypany żwirem, poprzecinany wysepkami z kamieniami. Chronią to miejsce  sosny i wysokie klony palmowe, a zachwycają różnokolorowe różaneczniki. Chodzić można tylko po kamiennych  płytach.  Zwir jest zagrabiony i przypomina fale morskie.


poniedziałek, 12 października 2015

Jesień to czy zima ?

Kochani, taki widok z kuchni mam od rana. Śnieg pada i pada, może studzi trochę radość z wczorajszego meczu Lubi  nas natura zaskoczyć swoimi wybrykami. Muszę to pokazać.

Przygotowałam Wam trochę  jesiennych zdjęć. Najpierw z ogrodu, może pamiętacie, /klik/        pisałam o topinamburze, mój M. posadził je jesienią i w tym roku urosły  takie kwiatki mini-słoneczniki.

Jakiś ostatni zagubiony  motylek na kwiatach nawłoci.
A to już kwiat dyni.
Rybki, które zaczynają hibernację.

 Oczko wodne przykryte siatką, która chroni przed wpadaniem liści.
Jesień

 Zima?

Winobluszcz, który swobodnie pnie się po wszystkich przeszkodach, wyjątkowo go w tym roku zostawiłam dla tych pięknych widoków, bardzo lubię taka  purpurę wśród zieleni. Wczoraj i dzisiaj.

Kadry z naszego miejskiego parku. Kiedy rano idę na rynek jest dość wcześnie , słońce dopiero się przebija zza chmurek, i czasami jakiś widoczek mi się spodoba.
To zdjęcie powstało wiosną, ale pozostałe kilka dni temu.





Kochani, dziękuję Wam za to, że jesteście, że zaglądacie i pozdrawiam.:)

piątek, 4 września 2015

Wracam powolutku

Witam serdecznie wszystkich zaglądających, szczególnie nowych obserwatorów. 
Wróciłam z pięknej wycieczki, ale na razie muszę uporządkować zdjęcia i przygotować kilka postów, na razie mam chaos w głowie. Udało mi się zajrzeć do niektórych z Was, ale nadal mam sporo zaległości, które na pewno z czasem nadrobię. A teraz kilka zdjęć sprzed wyprawy.
W przedostatniej Weranda country natknęłam się na rys charakterologiczny  zodiakalnej Panny, bo to mój znak. Nie ze wszystkim się zgadzam, ale absolutnie jedna cecha  pasuje do mnie  jak ulał.  Wszystkie pudełka, kosze i pojemniki to dla mnie artykuły pierwszej potrzeby, bo ciągle coś porządkuję. Kupiłam na rynku dwa koszyki wiklinowe, niby nic, ale docelowo w jednym znalazły swoje miejsce serwetki, których trochę zgromadziłam. Niektóre są tak delikatne jak mgiełka. Podziwiam umiejętność szydełkowania, zapewne mogłabym to sobie przypomnieć, ale mam tyle innych zajęć.
Kosze musiałam oczywiście przemalować, tak jak i gazetownik 





A tymczasem w oczku wodnym....


A w ogrodzie....Jeżeli nie lubicie much i pająków, proszę omińcie wzrokiem następne zdjęcia.
 


Tym razem  podkradłam  u sąsiadów hibiskusa. Prawda, że piękny?
Taką niezamieszkałą chatkę mamy na naszej ulicy

I w domu..



W jednym z ostatnich postów pokazałam Wam zdjęcie  z  ms2 w Łodzi z zapytaniem, czy znacie tę piękność?


To zdjęcie zostało zrobione w międzywojniu i przedstawia Ninę Andrycz, która  przeżyła 101 lat.  Do tej pory może fascynować, była panią premierową, obracała się wśród największych postaci ówczesnego świata. Przez całe życie twierdziła, że teatr jest dla niej najważniejszy i specjalizowała się w rolach królowych i arystokratek. Przez całe życie grała w jednym Teatrze Polskim.
Dzisiaj jest święto czekolady, życzę Wam wszystkiego najsłodszego.

Serdeczności przesyłam wszystkim moim gościom i  do następnego razu. Zapraszam i dziękuję, że o mnie nie zapominacie.

sobota, 15 listopada 2014

Bo z nim wszystko jest łatwiejsze...

Witam Was serdecznie.  
Dzisiaj chciałabym pokazać skutki przebywania z osobą zakręconą na robótki ręczne, czyli efekty wzajemnego oddziaływania. Wiadomo, że blogujące panie są to osoby bardzo kreatywne, lubią wymyślać różne skomplikowane prace, często ich wykonanie nastręcza problem  i tu na ogół należy poprosić o pomoc płeć męską. Czasami mam zapędy feministyczne i wszystko chcę sama, ale skutki bywają opłakane, a to półkę strącę w zaaferowaniu, tracąc cenne zbiory, a to gwóźdź zostawię widoczny i poczucie estetyki cierpi. Czasami z problemami  muszę radzić sobie sama, kiedy mojego M. nie ma w domu (połowę naszego życia spędził poza domem) czasami daję sobie radę  sama, bo wiadomo, wszystko wiem i umiem najlepiej, ale zdaję sobie sprawę, że  bez jego wsparcia  byłoby  mi trudno realizować swoje pasje.

Od kiedy zajęłam się swoimi robótkami z pewnym  niepokojem obserwował moje poczynania, nie za bardzo wierząc w moje możliwości. Ale kiedy dotarły do niego obiektywne pochwały  moich prac, zaczął mnie dopingować, a nawet sam zaczął zwracać uwagę na  ciekawe przedmioty.
 Przykładem postępującej edukacji jest przedstawiony powyżej  cudnej urody stoliczek z drewnianej palety. Piękny przykład mebla, widziałam już podobne, ale ten jest wyjątkowy, ma szufladki i  znajduje się w witrynie sklepowej w Zurichu,  i to właśnie  mój M go zauważył i sfotografował.
Kolejny raz mnie zaskoczył, gdy dostrzegł urodę i zrobił zdjęcia oklejonego gazetami  krzesła, butelek, i innych przedmiotów.


Całkowicie byłam zaskoczona, kiedy zaczął mi towarzyszyć w wyprawach na targi staroci, podczas jednego z nich tak zachwycił się  staruteńkim kufrem, że go kupił .  Żadna siła go nie  przekona, że można w kufrze  coś zmienić i chyba ma rację.
 

A że nie samą sztuką człowiek żyje, to przegląd kilku tylko bardziej prozaicznych zajęć: kiedy trzeba stanie do boju z wiertarką w dłoni i wywierci dziurę bez odrobiny pyłu spadającego na podłogę.

Samodzielnie pomaluje ściany i zamontuje półkę tak, żeby już nigdy nie spadła na kanapkowany właśnie patchwork.

Kiedy trzeba przetrzeć  pomidory na sok, zastąpi z powodzeniem malakser, sokowirówkę i wszystkie roboty świata.
Zajmie się  rybkami i czyszczeniem oczka wodnego (które sam wykonał) i  jesienią przykryje je siatką, żeby liście nie wpadały do wody

Nie, nie, to nie jest czwarty rozbiór, tak mniej więcej wygląda opracowanie planu taktycznego kolejnego podboju  ukochanych Bieszczad, w których odpoczywa się najlepiej.
 

Nie mogę przesadzić z tym peanem na cześć...

                     Zapalam  więc światełka, oświetlając  drogę do domu  i ...czekam.

środa, 10 września 2014

Quilt i półka w rolach głównych

Witam bardzo gorąco wszystkich gości.
 Mój ostatni wpis o sushi zdetronizował Genewę i moja wycieczka w Alpy odchodzi w zapomnienie.
Bardzo Wam dziękuję, że do mnie zaglądacie. Jak widać mój blog podlega ciągłym zmianom, dzięki którym ciągle się uczę. Wczoraj dowiedziałam się, jak powinny wyglądać  zdjęcia zamieszczane na blogach, ale mam dużo gotowych zdjęć swoich wytworów i już zmienić ich nie mogę, bo wytwory opuściły mój dom. Dla osób, które nie śledzą mnie od początku, śpieszę wyjaśnić, że dużo  moich prac   powstało w ciągu ostatnich 2 lat, teraz je tylko  prezentuję. Jeśli pokazuję aktualną pracę, zawsze to zaznaczam.

To już czwarty mój quilt, tym razem wielkości 200 x 172. Zawsze przy jego kanapkowaniu   (czyli łączeniu trzech warstw) korzystam z podłogi w kuchni, bo tu jest  terakota i jej nie jestem w stanie uszkodzić  agrafkami, poza tym tutaj mam dużo miejsca(przynajmniej tak mi się wydawało)
Miejsce akcji:  Późny jesienny wieczór, kuchnia, stół z krzesłami przesunięty, żeby nie przeszkadzał w pracy, a wiadomo, że  spinanie agrafkami trzech warstw materiałów raczej do przyjemnych prac nie należy. Widać, że wszystkie warstwy są już wygłaskane i naciągnięte, tę pracę wykonuję na kolanach.


Akcja: Wiadomo, że w ferworze pracy nie zwraca się uwagi na otoczenie, czyli  na półkę, którą się kiedyś powiesiło na dwóch gwoździach. Wstając z podłogi ramieniem  zawadziłam  o nieszczęsną półkę, której zawartość spadła na podłogę, a półka zawisła  na jednym gwoździu. Bohaterka opowieści nie posiadała żadnego zdjęcia sprzed wypadku, więc nie mogę pokazać, co się na niej znajdowało, ale znając mnie już wiecie, że wszystko było Delftami lub wiatrakami, a zostały tylko skorupy. Teraz się cieszę, że  pstryknęłam parę fotek już po i mam świadectwo tego wydarzenia.


Po akcji: Na podłodze znalazły się niebieskie skarby, trochę mi żal dużej wazy (została tylko pokrywka) a najbardziej   porcelanowego buta z Delft, który mąż przywiózł ponad 30 lat temu z Holandii. Pamiętam, że bardzo podobną historię pokazywała Aszka z Zielonego zakątka, ale jej półka w kuchni spadła bez przyczyny, a moja przez własne gapiostwo. Mam nauczkę, do następnych prac zdejmowałam, zdejmuję  i będę zdejmować wszystko z półki dla bezpieczeństwa własnego i moich bibelotów.
Quilt na szczęście nie ucierpiał, chociaż spadające odłamki uszkodziły część materiału pod samą ścianą. Tutaj już po przygodach, wykończony, wypikowany odpoczywa przed podróżą do innego domku.


Quilt jest bardzo dziewczęcy i powędrował do  chrześnicy mojego męża.  Mam nadzieję, ze dobrze jej służy.
A teraz półka wygląda tak, czasami tak i ciągle jest to ta sama przeze mnie spatynowana bohaterka, ale w zupełnie różnym oświetlaniu.



Wiadomości ze stawu, rybki zawsze są głodne, zawsze podpływają w oczekiwaniu na jedzonko, najszybsze są orfy, prawdziwe drapieżniki, najwolniejsze zaś liny, chociaż ostatnio im się wydaje, że są  orfami, takiego wigoru nabrały. Rybki szykują się do letargu i wkrótce zejdą w najgłębsze rejony oczka.


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za każdy komentarz i każdą wizytę.

//Pinterest widget