Bibeloteka

o wszystkim, co mnie interesuje, cieszy i nie pozwala bezczynnie usiedzieć w miejscu.

środa, 30 lipca 2014

Delfty- nie tylko wiatraki

Wczoraj był dzień targowy i na starociach upolowałam ogromny talerz z Delft.  W związku z tym dzisiaj post do oglądania. Beata z Lawendowego zagajnika zna się na porcelanie, ja natomiast nie za bardzo, kupuję co niebieskie lub czerwone i już.

 Średnica  37,5.  No i jak nie kupić?

 Skoro już o Delftach mowa, przedstawię talerze zakupione wcześniej na naszym bazarze.






 Zupełnie normalny wiatrak na bezpretensjonalnym talerzu, bez sygnatury, takie też lubię
























Wyjątkowy traf i też nie wiatrak, nareszcie inne kolory. Wczorajszy zakup, dzbanek z Wałbrzycha, coś tak czuję, że będzie komuś  pasować do zastawy.
Jak zwykle jakiś bonus dla cierpliwych.
Przez chwilę się obawiałam, co o mnie pomyślicie, bo mnie samej coś się o zdziecinnieniu po głowie kołacze, a że infantylizm totalny, to chyba już widzicie.  Na świeczkę spreparowałam  ubranko, chociaż zawsze czymś zdobiłam świeczki   Kółko styropianowe, okręcone koronką, na to część ( na pewno bym go wyrzuciła) paska plecionego  w warkoczyk, dorzuciłam brązowe kuleczki oczywiście po trzy.  Świeczka opleciona tą samą koronką, przepasana tym, co po pasku pozostało  i  grzecznie zapięta sprzączka.
A może to wcale nie taki głupi pomysł. UPCYKLING  Zajęło mi to raptem 5 minut  od rozgrzania kleju.




Skrzyneczka z doklejonym dekorem, wtarta  pasta wybielająca i całość przetarta, tak samo zrobiony świecznik. Stary wianek do kompletu.

Pozdrawiam Was serdecznie, nie dajcie się upałom, jak niektórzy.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Oczko wodne oczkiem w głowie

Żeby nie było, że tylko ja mam pasje i zainteresowania, dzisiaj o ulubionym miejscu mojego męża w ogrodzie. Oczko wodne jest naprawdę  jego oczkiem w głowie. Zostało samodzielnie  przez niego wykopane, wyłożone folią w kamyki, obłożone kamieniami i kamyczkami, oraz  zalane wodą z własnej studni. Oczywiście  takie skróty myślowe zdarzają mi się bardzo często, ale wynikają  z pośpiechu. W rzeczywistości  oczko wymagało bardzo dużo czasu, pracy i energii. Kaskada, pompy, napowietrzniki, specjalne lampy do pompy, podłączenia do prądu, nie mogę o tym pisać, bo się nie znam.
To był maj 2005 roku

Pod starym orzechem laskowym odmiany warszawskiej, który wiosną ma kolor czerwony, a potem przebarwia się powoli na zielony, posadziłam starą odmianę bergenii, oraz  moje ukochane rododendrony i azalie.   Do tej pory się nad nimi trzęsę, żeby ich nie przekarmić, żeby oberwać przekwitłe kwiatostany i żeby miały spokój.

Takie to wszystko było małe w maju 2005 roku 

A tak wyglądało w lipcu 2010 roku
 Siatka przykrywająca oczko chroniła rybki przed kotami, naszym własnym też.

 Żeby zakończyć tradycyjnie innym akcentem, prezentuję książki jednego z moich ulubionych pisarzy. Zanim nim został, Nicholas Evans był scenarzystą i producentem filmowym. Brakuje tu powieści  Przepaść, zapewne jest w ludziach. U nas najbardziej znany  jest Zaklinacz koni,  dzięki ekranizacji Roberta Redforda.  Jak zwykle oryginał zdecydowanie piękniejszy, zupełnie inne zakończenie i zawsze się cieszę, kiedy zdążę przeczytać wersję pisaną przed jej sfilmowaniem. Można o książkach Evansa powiedzieć obyczajówki, ale nie przynosi im to ujmy, a autor kontynuuje najlepsze tradycje literackie.  Każda z nich jest poruszająca,  zwłaszcza  ostatnia.  Odważni do końca trzyma w napięciu i naprawdę finał jest zaskakujący. Mam nadzieję, że zachęciłam Was  do poczytania. I już doczekać się nie mogę kolejnej książki Evansa

Pojawił się też pisarz Richard Paul Nicholas ( Stokrotki w śniegu) , ale zbieżność nazwisk przypadkowa, nie podbił mnie. W moim profilu zaznaczyłam, że  dużo czytam, ale nie jestem w stanie wymienić w małej rubryce wszystkich ulubionych, stąd pomysł takiej, a nie innej prezentacji. Co jakiś czas, oczywiście.

Dziękuję, że do mnie zaglądacie i zapraszam. Pozdrawiam Was  serdecznie.

piątek, 25 lipca 2014

Kolejny patchwork

 Patchworków ciąg dalszy, praca następna, która powstała równo rok temu, jest absolutnie niepowtarzalna, ponieważ nie do zdobycia są materiały, z których została uszyta. Len w ptaki i reszta   zdobyta okazyjnie, ale z nowych materiałów. Lnu jeszcze troszkę zostało. Pomysł  wymyślony przeze mnie, wtedy już zakupiłam nóż krążkowy i matę i szyłam na nowej maszynie. Chyba znowu nie zdawałam sobie sprawy  z trudności, jakie mnie czekają, bo było ciężko i  "trochę" się denerwowałam i naklęłam. Szycia nauczyła mnie Mama, która we wszystkim była perfekcjonistką  i jej dokładność potrafiła mnie doprowadzić do wrzenia. Szkoda, bo mogłam się  więcej nauczyć, a Jej nie ma już 22 lata.  Teraz  cokolwiek uszyję, zawsze towarzyszy mi pytanie "Czy Mamie by się podobało?" Mam nadzieję, że ten patchwork byłby zaakceptowany (bo moje malowanie mebli  na pewno nie)


Tak sobie myślę, że człowiek nieświadomy czasami osiąga więcej, niż ktoś, kto zdaje sobie sprawę z trudności. Sprawdza się powiedzenie "Im głębiej w las, tym ciemniej."
Patchwork jest bardzo duży 220<>190. Składa się z 9 bloków, połączonych białymi prostokątami, bloki są pikowane lotem trzmiela, a białe części w jakieś liście, przynajmniej tak miało być. Znawcom się nie spodoba, że używam lnu, a nie tylko bawełny, ale może nie jest to ogromne nadużycie i moja narzuta  nadal będzie patchworkiem?




To chyba najlepszy mój  twór i od razu obdarowanym zapragnął być mój młodszy syn. Właśnie, ponieważ nie kupuję materiałów w normalnych sklepach, swoich prac nie sprzedaję, bo byłoby to chyba nieuczciwe i nie potrafiłabym ich wycenić. Wszystko pozostaje wśród najbliższych lub staje się prezentem.
Bardzo lubię tworzyć coś z niczego i jest to moją pasją.
 Znalazłam SH, w których tanio  można zakupić  całkowicie nowe materiały, czasami sprzedawca godzi się na ich przecięcie, bo mają kilka metrów, a jeśli nie, to ich nie kupuję. 
Wiecie, że kocham pleść wianki, a to jeden z nich odszukany na strychu. Róże na ogół dostaję od małżonka nie tylko na kolejne rocznice ślubu, potem je suszę i stoją w wazonie, jest ich coraz więcej, ale rok temu znalazłam sposób, żeby użyć ich do plecenia.. Jeśli widać jakieś zużycie wśród różyczek, po pewnym czasie wystarczy mocno wiankiem potrząsnąć, żeby zleciały nietrzymające się całej reszty elementy, uzupełnić nowymi suszonymi kwiatkami, dodać perełki i mamy odświeżony  wianek.
 Podobnie uzupełniam wianki z zatrwianu.


Ogród trochę cierpi przez liczne rozjazdy, ale upolowałam jakąś różyczkę z najlepszymi życzeniami dla czytających.


Kochani, czekam na każdy komentarz.
Pozdrawiam serdecznie.

czwartek, 24 lipca 2014

Jego Wysokość Kredens Drugi

Jak wiadomo lubię odwiedzać wszelkiego rodzaju targi i  komisy ze starociami. Dwa lata temu  na bazarze w Kaliszu  nabyłam kolejny  ciekawy mebel.  Ogromny kredens koloru brązowego lakierowanego, nadstawka z dwojgiem drzwiczek po obu stronach, pośrodku przeszklone, podstawa ciężka, masywna z dwojgiem drzwi, bardzo pojemna. Taki przedwojenny porządny niemiecki kredens. Tutaj widać  po rozmontowaniu drzwiczki górne od kredensu. Są oparte o małą leżącą na trawie  komódkę (ludwiczek), którą niemalże na siłę wcisnął nam  za kilkadziesiąt złotych sprzedający. Teraz bardzo się z tego cieszę, a jeszcze bardziej się cieszę, ze odnalazłam chociaż kilka zdjęć sprzed malowania.


  Górne drzwiczki kredensu przed skrobaniem, oparte o ludwiczka

,

 Góra kredensu, którą ofiarnie skrobał  i  składał mąż,  tutaj ładnie widać kryształowe szybki.

 Dolne drzwi trzeba było posklejać  i to był jedyny feler mojego nabytku.


Szuflady, jedna po, druga przed skrobaniem. Używaliśmy  papieru ściernego, skrobaliśmy na zmianę, a nawet używaliśmy środków chemicznych do usuwania powłok. Pracy wystarczyło na dwa miesiące, bo przecież trzeba było Jego Zwalistość nie tylko wyszlifować, ale też  przemalować. Ponieważ w tzw. międzyczasie zaczęłam prace próbne z   ludwiczkiem i woskiem wybielającym i próby owe mnie zadowoliły na tyle, że  postanowiłam  tym sposobem potraktować Kredensidło. Mam nadzieję, że zdaniem oglądających wyszło całkiem nieźle, jak na pierwszy   wielkogabarytowy  raz. Oto i on Jego Wysokość Kredens II
                    

Bardzo mocno wyszlifowany blat kredensu potraktowany Politurą  do drewna na bazie szelaku.


Trochę kiczowata aranżacja. Jak to się stało, że toleruję sztuczne kwiatki?


Jak zwykle moje świeczniki i świeczki pomalowane  białą farbą do drewna i metalu. Zbliżenie pokazuje jak  wosk wydobywa  słoje drewna,  trzeba się przy zbieraniu nadmiaru wosku i polerowaniu trochę wysilić, ale chyba warto.


W dolnej części kredensu  dostrzegam niestety błędy, które popełniliśmy podczas zdejmowania poprzednich warstw farb i lakieru. Widać kilka zadrapań wbrew ułożeniu słojów. Drzwiczki powstały dzięki łączeniu 6 trójkątów i środkowego rombu, w realu kredens wygląda lepiej, niż  na zdjęciach.


Muszę od razu pokazać komódkę, przed kupnem której tak się wzbraniałam i na której wypróbowałam pracę z woskiem wybielającym. To całkowicie moje dzieło i raczej nie mam żadnych zastrzeżeń do wykonania.


Ponieważ wkrótce miały dołączyć do kredensu i komódki inne moje twory, (oczywiście każdy z innej bajki),  musiałam im znaleźć wspólny mianownik. Wydaje mi się, że jednakowe blaty wszystkich moich mebelków  trochę je zbliżyły stylistycznie. Zapowiadam więc ciąg dalszy malowanych przeróbek...
Chwila oddechu z ogrodu.


Pozdrawiam serdecznie. Bardzo liczę na komentarze, bo jestem ciekawa oceny czytających.

wtorek, 22 lipca 2014

W łazience zawiało na biało

Kilka dni bez posta, ponieważ nie mogę się dogadać z małym komputerkiem, nie udaje mi się zamieścić kilku zdjęć.  Wszelkie podejrzenia, że nie wyrobiłam tempa publikowania, albo, że zabrakło mi tematów do pisania są bezpodstawne i krzywdzące. Żartuję oczywiście. Wybrałam się w krótką podróż na piękne Podlasie,  relacja wkrótce.  Na szczęście  mam zapasowy temat przygotowany na wypadek takiej klęski, jaka właśnie dotyka mnie podczas wyjazdu
Czy to  nie jest dziwne, że w każdym miejscu otaczam się świeczkami, świecznikami, czyli moimi tytułowymi bibelotami. Tutaj dodatkowo na starym wieszaku  ozdoba  z haftami, woreczek z lawendą, oraz własnoręcznie   uszyty papierownik.


Na serduszka każdego rodzaju  zachorowałam  jak i większość blogowiczek. Czasami przypomina mi to epidemię, decoupage, wybielanie, dzierganie, transfer, poduchy, racuchy (chyba jednak tego nie było), ale jakie to szczęście, że się na te wszystkie choroby załapałam, nauczyłam  i mam nadzieję zarażę jeszcze kogoś. Najdziwniejsze w tej epidemii jest to, że kiedyś lubiłam prostotę i spokój we wnętrzach. Kiedy w domu pojawiła  się pierwsza koronka na stoliku, haftowany obrus w kuchni, a w witrynie stanęły kryształy spadkowe po mamie, moja rodzinka nie mogła się nadziwić, że ramoleję  i zaczyna mi trochę odbijać, że użyję kolokwializmu. Z czasem te nowe zachowania zostały zaakceptowane, tym bardziej, że wszystkie moje skarby były i są wykorzystywane w codziennym życiu.
To jeszcze jedno serducho, albo dwa.


Zastanawiam się, jakiej czynności  nie ulegnę, chyba jest to haftowanie i  szydełkowanie, chociaż te umiejętności dały  mi w genach Mama i Babcia. W trudnych czasach sama robiłam  swetry na drutach dla rodzinki, do tej pory wspominam sukienki z tetry szyte ręcznie w akademiku.
A propos  szycia prezentuję zdjęcia z jednego ze sklepów, śliczne chociaż nieczynne  maszyny,  z dedykacją dla Joanny ze Świata łat.



Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do odwiedzania mojego kącika.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...